Rodziny przybyłe do Stalowej Woli w latach: 1937-1939

Henryk Małkowski

ur.
zm. 1951 r.

W latach ’30 przed podjęciem pracy w Stalowej Woli, pracował dorywczo w Warszawie. Gdy dowiedział się o budowie zakładów południowych, uznał, że dobrze zna swój fach i przyjechał wraz z rodziną do Stalowej Woli, gdzie jeszcze przed wojną, bez problemu przyjęto go do zakładów.

Żona:
Wiera Witczyńska

Dzieci:
syn Jerzy

Kategorie:
pionierzy Stalowej Woli z lat 1937-1939
pracownicy Zakładów Południowych / Huty Stalowa Wola
przybysze z Warszawy
pochowani w Stalowej Woli

drzewo9

Zdjęcia

Wspomnienia

H. W. Małkowscy

Z Warszawy za chlebem

Moja rodzina pochodzi z Warszawy. Mama, Wiera Witczyńska, owdowiała wkrótce po ślubie, ojciec mój zmarł na skutek choroby w wieku zaledwie 20 lat. Byłem wtedy niemowlęciem, nie zdążyłem go zapamiętać. Po kilku latach mama wyszła powtórnie za mąż. Ojczym, Henryk Małkowski, w latach 30. miał problemy ze znalezieniem pracy w stolicy. Od czasu do czasu udawało mu się zdobyć jakieś dorywcze zajęcie, ale nie na długo. Dowiedział się o budowanych na południu Polski zakładach i postanowił tam poszukać zatrudnienia. Mamie z początku ten pomysł nie bardzo się podobał. Obawiała się, że powstająca fabryka zbrojeniowa będzie w razie wojny celem ataku wroga. W końcu ojczym jednak pojechał i dostał pracę jako szlifierz. Przekonywał mamę, że Stalowej Woli Niemcy nie znajdą, bo jest ukryta w lesie. Pamiętam jak mówił: „Kominy – o, tyle tylko nad sosny wystają” – pokazywał szerokość dłoni.

Wkrótce przyjechaliśmy tu z mamą, najpierw do Rozwadowa, potem dostaliśmy mieszkanie w Stalowej Woli, w bloku nr 5 przy ulicy I-G. W sierpniu 1939 roku ojczym został powołany do wojska.

Z czasów okupacji utkwił mi w pamięci moment aresztowania trzech naszych sąsiadów. Z naszego bloku Niemcy zabrali Romana Polaka i pana Ludwika Piechę, a z bloku po drugiej stronie ulicy Adama Zarębę. Roman Polak był młodym chłopakiem, grał w piłkę w klubie. Miał dwóch braci. Kiedy przyszedł front, obaj zaciągnęli się do wojska, żeby walczyć z Niemcami i pomścić brata. Obaj zginęli. Pan Ludwik Piecha miał troje dzieci, dwie córki i syna, który był ode mnie starszy. Adam Zaręba miał brata Witka, późniejszego piłkarza. Pamiętam, jak Niemcy wpadli do naszego bloku, zrobił się szum, nikt nie mógł wyjść z mieszkania. Dosyć dużo Niemców było na ulicy pod blokiem. Wieczorem się rozeszli. Rano dowiedzieliśmy się, że zabrali trzech ludzi. Wtedy nie wiedzieliśmy, że wkrótce wszyscy zostaną rozstrzelani.

Na naszej ulicy za okupacji któregoś dnia pojawili się Żydzi, pilnowani przez Niemców. Kopali rowy pod jakieś instalacje. Pamiętam, jak mama wysłała mnie, żebym zaniósł im trochę chleba. Musiałem odczekać, aż Niemiec popatrzy w inną stronę, dałem chleb i uciekłem.

Z moich dziecięcych lat w Stalowej Woli pamiętam także zbiórkę funduszy na gonty do kościoła św. Floriana. Kościół już był zbudowany, brakowało jednak wykończenia.

Ojczym w czasie okupacji i zaraz po wojnie pracował w Zakładach. Troszczył się o rodzinę, poświęcał mi dużo czasu. Chodziliśmy nieraz wspólnie na ryby. Uczył mnie wszystkiego o wodzie, żeby poznać, kiedy ryby będą brały. Czasem mama, nie mogąc sobie ze mną dać rady, wołała do męża: Heniek, wlej mu! Ale ojczym nigdy mnie nie bił. Wystarczyło, że powiedział parę słów. Myślę, że niewielu rodzonych ojców jest tak dobrych dla dzieci, jak mój ojczym był dla mnie.

Henryk Małkowski po wojnie ciężko zachorował na płuca i nie mógł pracować. Wtedy mama wzięła na siebie ten obowiązek. Zatrudniła się w narzędziowni, w wypożyczalni narzędzi. Był to dla niej wielki wysiłek, zwłaszcza że była bardzo tęga, być może z powodu wykrytej później cukrzycy. Zarabiała niewiele.

Kiedy skończyłem szkołę, w latach 50. z nakazu pracy dostałem skierowanie… do Warszawy, na Żerań. Ojczym już nie żył, zmarł w 1951 roku. Pomyślałem sobie, że mama się ucieszy, jak wrócimy do stolicy, bo przecież tam się urodziła i spędziła dwadzieścia parę lat życia. Tymczasem okazało się, że mama nie chce już do Warszawy. W Stalowej Woli miała przyjaciół, dobrze się tu czuła. Więc zrezygnowałem z tego przydziału. Ja też wolałem Stalową Wolę. Zacząłem pracę na wydziale obróbki cieplnej. Zarabiałem wielokrotnie więcej niż mama i w końcu przekonałem ją, żeby zrezygnowała z pracy.

Moja rodzina była zwyczajna, jak wiele innych w tamtych czasach. Ojczym znał dobrze swój fach, bez problemu przyjęto go przed wojną do zakładów. Oboje z matką byli ludźmi uczciwymi i odpowiedzialnymi. Miałem wspaniałych rodziców.

Jerzy Witczyński

drzewo10
drzewo11

Pliki audio

Pliki video

Wpisz tutaj to czego szukaj i naciśnij Enter